goście

na osobności...

b-login

stopkacz

otwórz uszy
RAM - radio w dobrym tonie
BIS - bardzo inna stacja (?)

podręczniki:
jolka - nareszcie kolejne wcielenie wirtualne. od wielu lat pozawirtualnie :).
lamer - trzecie wcielenie bladosa :) Prościej się nie da!
missja - ma kotę i Ewunię :)
owca-be - wrocławska rozgadana offca ;)
fiszbina - rybka zwana ...
frotka - ultrafioletowa wiedźma ;)
d - chaos chaos in my head :)
asja - bliska już nie nieznajoma w kolorze blu
męskie spytki - a ona na nich chatuje
waldemar - szczypta absurdu co dnia
yano - niegdyś jachu ;), dzięki niemu tak tu ładnie :)
irlandia - maleństwo
exsilentio - jednorożec ?
natalia - Wro (i nie tylko) w obiektywie
bladosek na wyspie a teraz to już nieoceniona strata wszelkich sektorów w kraju naszym kochanym.
bladosek master of generator wniosków ;-) nieoceniona strata III sektora.
so-so - o proszę, no i już mama :)
june - mama
mloda zebra - podobno coś kroi na plasterki
barbarella - laska ostra jak tabasco ;)
sistermoon - mój nałóg :) [a teraz mama in statu nascendi.. Julii:) ]
pierwsza - matka/kobitka/ekspertka od upiększania kobiecej twarzy
cashew - oczarowuje :)


archiwum:
2011
czerwiec
2010
styczeń
2008
czerwiec
luty
2007
grudzień
listopad
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
maj
kwiecień
marzec

Ha! O dziwo pamietałam hasło dostępu do bloga :) 

 

Nawet nie wiem czy obiecywać sobie czy komukolwiek innego, że zacznę regularnie pisać, albo, że zrobię w końcu porządek z grafiką. No bo wiecie .. czasu jak na lekarstwo, a podzielić go trzeba pomiędzy 9 miesięcznego dzidzia, który wyrósł z tych dwóch kresek na teście o których pisałam ostatnio (to jest kosmos absolutny!), zakupy i plany związane z urządzaniem świeżo zakupionego domu (o ile już się nieco oswoiłam ze świadomością bycia mamą o tyle myśl o tym, że mamy swój dom ciągle sprawia że ogarnia mnie połączenie zadziwienia radości i strachu o cholerny kredyt we franku) i pracę (ciągle tą samą, tyle, że z wiadomych powodów chwilowo bardziej stacjonarnie). 

 

Od 9 miesięcy nie przespałam w pełni ani jednej nocy, ale nie, nie zamierzam narzekać,  bo w sumie to szczęścia mam mnóstwo. Rzeczony dzidź piękny, zdrowy, kontaktowy (a ja po uszy w nim zakochana ;) - mój T może być nieco zazdrosny ;) ), urządzanie domu to obowiązek ciężki, ale uskrzydlający (tym bardziej, że roboty ida tak szybko, że - tfu tfu - pewnie jeszcze tego lata sie wprowadzimy, choć w tej chwili panuje tam rozpie**ucha totalna) , a praca jest i to w sporych ilościach więc też fajnie (szczególnie w związku z tym kredytem i dzidziem, który choć mały to i tak pochłania fortunę a z czasem będzie coraz droższy w każdym sensie :). 

 

No to pa :) Wrócę, wrócę tylko nie wiem kiedy :)

ja-charlotte
skomentuj (1) | up | down
Jak tu weszłam i spojrzałam na datę ostatniego wpisu to się zaczęłam zastanawiać czy aby coś się nie stało z datami w blogowym CMSie. Dobrze, że mi bloga nie wykasowali w międzyczasie :). Grafika się leciutko rozjechała, ale poza tym wygląda tu zupełnie tak samo jak kiedy byłam ostatnim razem.

Przymierzam się powoli do powrotu na łamy bloga. Strasznie to trudne po takiej przerwie. Dużo się zmieniło, jeszcze więcej wydarzyło i nawet nie będę próbowac dokonywać retrospekcji, chyba, że przy okazji, a propos czegoś co aktualne.

Z najważniejszych zmian: rok temu z drobnym kawałkiem rozstałam się ze swoja pracą i teraz pracujemy razem z Połówkiem. Mimo moich ogromnych obaw (24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu razem - podobno zabójstwo dla związku) od tego czasu jest coraz lepiej :).

Od niedawna mamy nawet, maleńki póki co, dowód na to, że jest dobrze. 15 stycznia na teście pojawiły sie 2 kreski :). Nie, żebym nie przypuszczała, ze to możliwe, ale jednak zaskoczenie było ogromne, bo decyzje o tym, że właśnie teraz jest ten czas podjeliśmy w grudniu, a jako, że nie mamy po 18 lat spodziewałam sie, że na efekty poczekamy jeszcze lekko kilka miesięcy. Po drodze kupiłam poza testem jeszcze 2 butelki wina, na spotkanie ze znajomą. Wina już się nie napiłam i nie napiję się przez ... uuu ładny kawałek czasu :).

Jest dobrze, naprawdę. Jestem permanentnie senna i zmęczona, raz jedyny dostałam mdłości* a poza tym żadne dolegliwości ciążowe mnie nie dopadają. Oby tak dalej.

No i to by wystarczyło na pierwszy wpis po latach. Będę tu wracać z nadzieją, że z czasem wróci i forma pisarska :)


* ale za to w jakim miejscu i momencie - w kinie, w okolicy połowy flmu. Nam sie podobał, ale nasza latorośl ma chyba inny gust. Po raz pierwszy w życiu wyszłam z kina przed zakończeniem seansu. Nawet na Czarnej Owcy wysiedzielismy do końca - swoja droga nie jesteśmy pewni dlaczego a powód pt "bo zapłacone" wydaje się niewystarczający ;)
ja-charlotte
skomentuj (6) | up | down
.. | 2008-06-10 | 22:01:51
Ostatnia dwudziestka się zaczęła... Dziwnie trochę.

Na stare lata robię się lakoniczna.
ja-charlotte
skomentuj (3) | up | down
próba głosu | 2008-02-29 | 21:42:31
Nie wiem czy to jeszcze aktualne, że jak się czas jakiśtam notki nowej nie doda to blog w kosmos wylatuje, ale strzeżonego ... Tak na wszelki wypadek wpadam tu na moment, zostawiam odcisk buta i .. zmykam spać. W trakcie kolejnego już 12 dniowego tygodnia pracy jestem i wiem już z doświadczenia, że jak nie dbam o siebie chodząc spać o ludzkich porach to kończy się to tak, że zaczynam się zawieszać. Zupełnie jak mój laptop. I patrzę tępo przed siebie, albo odżywką do włosów próbuje się umyć zamiast na głowę ją nałożyć, albo zapominam wysiąść na swoim przystanku, albo nie pamiętam co robiłam 10 minut temu, albo to wszystko naraz* wzbogacone kolejnymi fajerwerkami.

Coraz częściej myślę o tym miejscu, więc pewnie niebawem przyjdę i coś skrobnę :). Coś o planowanym na jesień bankiecie z królową brytyjską, albo o niespodzianie w środku nocy otrzymanych kwiatach (nie od Połówka bynajmniej), snach o mojej córce, którą trzymam w kosmetyczce albo po prostu o codziennych radościach i smutkach. Tak mi ostatnio chodzi po głowie, że ktoś w końcu powinien wynaleźć dyktafon myśli (z opcją transponowania na tekst pisany). Jak sobie idę ulica, albo jadę tramwajem to mi się w głowie tak ładnie historie układają w zdania, a jak już przychodzi wieczór i mogłabym usiąść do klawiatury, to ani weny, ani siły, a i pomysły idą w cholerę i przyłażą znowu jak w tramwaju stoję.

Oki, zmykam spać, bo jutro rankiem wstać trzeba, przytomnym być i uważnym do końca dnia.

A tak w ogóle to szczęśliwa jestem nadal :). I właściwie to tyle chciałam napisać.

--
* no może nie absolutnie wszystko naraz, ok? jeszcze się nie zdarzyło abym patrząc tępo przed siebie i mijając swój przystanek myła się odżywką do włosów w tramwaju nie pamiętając co robiłam 10 minut temu. To jeszcze przede mną ;).
ja-charlotte
skomentuj (6) | up | down
magia świąt? | 2007-12-19 | 21:11:46
Nie czuję, no nic zupełnie. O tym, ze święta już za moment przypominają mi jedynie światełka na ulicach, mikołaje i gwiazdki na witrynach i świąteczna treść magazynu Intercity „W podróży”…  Dziś poczułam klimat na króciutką chwilę, kiedy na Szpitalną wniesiono choinkę, której zapach rozpełzł się po okolicach. No i jeszcze kiedy z wywieszonym językiem biegałam po złotych tarasach próbując wykorzystać te 1,5 godziny przed odjazdem pociągu na znalezienie prezentów (nie mam jeszcze nawet pół jednego, nie miałam kiedy). Nie znalazłam nic co przekonałoby mnie na tyle aby wyciągnąć portfel, no ale jeśli zważyć, że tak właściwie połowę czasu spędziłam na chodzeniu obok sklepów i gadaniu przez telefon (jedynie ułamek z tego prywatnie) to w sumie nie ma się co dziwić. Prezenty nie najważniejsze, ale … No właśnie – i dostać jakiś upominek, choćby najdrobniejszy, miło i dawać innym również. Z tym tylko, że jednak wolę okazje bardziej spersonalizowane, niż takie kiedy nagle w jednym i tym samym momencie trzeba wymyślić i zakupić prezenty dla wszystkich najbliższych (i dodatkowo ROBIĄ TO WSZYSCY NARAZ - dziki tłum w każdym sklepie) – i czasu brak i kasy (tak wiem, że mogłam sukcesywnie od października, czy września nawet) i ciągle zastanawiam się o kim jeszcze zapomniałam - dziś sobie uświadomiłam, że Babci na ten przykład i przypomniałam sobie, że w wigilie Mama ma również imieniny o których notorycznie się zapomina (urodziny z kolei ma zaraz obok Wszystkich Świętych, wiec też w momencie kiedy wszyscy myślami są bliżej grobów, niż jubileuszu).

No i tak moje przygotowania do świąt polegają na razie na nerwowym zastanawianiu się co i komu podarować i kiedy ja z tym zdążę (a przecież kupowanie prezentów bliskim powinno być przyjemnością, powinnam się tym delektować… tiaa.. tylko kurcze nie w tym tempie – to jak jedzenie pysznego, wykwintnego dania z plastikowego pojemnika w czasie biegu z miejsca na miejsce)

Pęd w pracy nie ustał jak na razie. Przychodzę do domu wieczorem i dopiero wtedy orientuję się, że przez cały dzień nie zjadłam nic, bo zapomniałam w biegu, no ale jeszcze tylko dziś (dziś akurat wyjątkowo pyszny obiadek, bo jak jestem w Wawie to staram się nie odmawiać sobie wizyty w Greenwayu) i jutro i pojutrze i …. nadejdzie w końcu upragnione wolne - ponad tydzień z dala od wszelkich spraw służbowych. Aktualna sytuacja już mi nieco na mózg siada. Kilka dni temu, jak wróciłam z kolejnego (i ostatniego w tym roku alleluja) szkolenia to mi się w nocy przyśniło, ze prowadziłam szkolenie w domu, w moim pokoju i co więcej po szkoleniu uczestnicy w tymże pokoju nocowali i budziłam się (połowicznie) kilkakrotnie we własnym łóżku, bojąc się nogę poza kołdrę wystawić, bo przecież tam wszędzie dookoła uczestnicy i schizę miałam, ze jak ja teraz nago wstanę i do łazienki przejdę rano. Tak mnie ten sen zmęczył, ze rano zaspałam i w pracy byłam prawie 2 godziny po czasie.

Reszty z tego co się działo ostatnio w tej chwili nie pamiętam. Pamięć mi ostatnio nieco szwankuje i aby wiedzieć co robiłam wczoraj patrzę w kalendarz. Dziś podczas krótkiego prezentowego tournee zdarzyło mi się ze trzy razy, że wymyślałam sobie cos na prezent, szłam w kierunku konkretnego sklepu, wchodziłam i …. nie pamiętałam po co. I błąkałam się kilka dobrych chwil między półkami zanim przypomniałam sobie w jakim celu tu jestem. Zmęczenie czy Alzheimer?

Pierwsza notka w nowym blog.pl.... Jak na razie z jednej strony wolę stare, proste, znane i dobre narzędzie, a z drugiej ... mam to w sumie gdzieś. Jak mi notkę doda normalnie to może być. No i kończę bo mi sie komputer rozładowuje i jeszcze chwila a juz nie zdążę i zdechnie..... Pozdrowienia z pociągu, chwilowo z Poznania.

----
aktualizacja po kilku chwilach
yyy... co to ja chciałam. Po pierwsze - zmieniłam wagon, bo się w Poznaniu spora część miejsc zwolniła i mam gniazdko, tak więc komputer mi nie zdechnie do samego Wrocławia.
Po drugie i ostatnie - jednak nie rozumiem tego nowego systemu blogowego. Nie wiem na ten przykład jak dokonac takiej rzeczy (prostej jak bydowa cepa w starym) jak zmodyfikowanie notki i zapisanie jej w formie zaktualizowanej. Nie widzę przycisku "zapisz zmiany" albo "aktualizuj" albo cos... a jak wciskam "Publikuj" to dodaje mi kolejna notkę - tyle że następna jej wersję :. Poza Publikuj mam do wyboru jeszcze "wyczyść" (no to to chyba nie) i "Podgląd" (nie wydaje mi się).

Hmm.... kliknęłam "Publikuj" i teraz jakims cudem działa jak powinno i nie dodaje mi klonów.

O i proszę - Jachu dobry na wszystko :). No to juz wiem czemu mi klonowało a teraz nie klonuje. Wyjść z edytora-> przejść do starych notek -> edytowac wybraną i na koniec Publikować. Voila :)
ja-charlotte
skomentuj (5) | up | down
U mnie właściwie nic szczególnie nowego - to samo, tak samo intensywnie. Tyle tylko, że zmęczenie ma tendencję zwyżkową. Yerba nadal trzyma na nogach (tak a propos - jestem już niemal 100% pewna ze to moje elektryzowanie to od Yerby, bo jak na chilloutowy weekend zarzuciłam ten napój to i elektryzować się przestałam, a jak po weekendzie zaczęłam, to i iskierki wróciły), bez niej byłoby naprawdę ciężko.

Tak się zastanawiam w jaki sposób objawia się zawał. Mi dziś zdarzył się kilkuminutowy ścisk i ból w klatce piersiowej i tak się zastanawiałam.. ale ..chyba nie - ot stres i zmęczenie i tyle. Jest spora szansa na odpoczynek i zregenerowanie sił, bo najprawdopodobniej miedzy Świętami a Nowym Rokiem (tfu tfu tfu przez lewe ramię) będziemy mieli wolne. W końcu od dłuższego już czasu WSZYSCY zapierdzielamy jak małe odrzutowce i każde z nas z tęsknotą mówi o świętach. Z tego całego zapędzenia wynikają czasem zabawne sytuacje. Jak na przykład dialog z koleżanką A:
ja - [no zabijcie mnie, nie pamiętam o co zapytałam. W każdym razie było to coś zupełnie oderwanego od pracy] ....
A - Nie, nie ma żadnych zmian w budżecie [nie ma to jak ludzkie zafiksowanie]

Albo dziś kolega M, pytający mnie czy słyszałam o czym przed chwilą rozmawiał z kolega przez telefon, bo on odłożył słuchawkę i .. ZAPOMNIAŁ. Dzwonił potem biedaczek jeszcze raz do kolegi. Ten pewnie był zdziwiony, ze ktoś może całej rozmowy nie pamiętać po kilku minutach.

A poza tym zaczynam cierpieć na postępujący ludziowstręt. Nie do pojedynczych osób, nie do osób z mojego najbliższego otoczenia, zarówno tego prywatnego, jak i służbowego (zresztą te dwie kategorie dość swobodnie się mieszają). Mam ludziowstręt skierowany do ludzi pojawiających się gromadnie. Uciekam jak tylko mogę, szukam azylu. A tak właściwie to może to i nie jest ludziowstręt, może to nie chodzi o tych bogu ducha winnych uczestników szkoleń i spotkań, tylko o to, że organizm mi się buntuje jak wie (albo mu się nawet na widok nie moich uczestników włącza lampka ostrzegawcza), że oto teraz czekają go kolejne godziny maksymalnego skupienia, uwagi, kreatywności, konieczności szybkiej reakcji na nieoczekiwane zdarzenia. Tak nieoczekiwane jak wyartykułowany wczoraj głośno pomysł jednej z uczestniczek, która stwierdziła, ze na problem alkoholizmu to ona ma najlepszy sposób - dać tym opijusom taka ilość wódki, żeby się na śmierć zachlali - nie będzie alkoholików, nie będzie problemu alkoholizmu. Inna sprawa, że inspiracje do jej pomysłu sama jej jakiś czas wcześniej podsunęłam, kiedy chcąc pokazać jej podgrupie, że problem sformułowany jako "Istnienie osób wykluczonych społecznie" nie jest najwłaściwszy, chociażby dlatego, że z tak sformułowanego problemu dojdziemy do celu określonego jako zlikwidowanie tychże osób, a to chyba nie o to chodzi.

No ale luz. Sytuacje zdarzały się różniste - opory różne (i teraz dojdź do tego skąd się biorące), łzy uczestniczek, albo np. osoba, która (zainspirowana widokiem osy, która wleciała do sali szkoleniowej) podzieliła się z obecnymi wyznaniem, ze ona tak sobie swego czasu łapała osy i przyciskała je do nóg żeby ja żądliły. Zdążyłam tylko pomyśleć, że może jej na reumatyzm, tudzież inne schorzenie jad osi dobrze robi, kiedy owa Pani dokończyła, że robiła to dlatego, że jak potem wracała do domu to mąż tak ja żałował, że ona taka biedna... Nie skomentowałam. Nie było jak.

A zresztą rzadko zdarza się spotkać na szkoleniu grupę ludzi w której nie trafi się żaden "kosmita", a jak nawet nie kosmita, to coś innego się dzieje. Może to i dobrze. Hasło Co nas nie zabije to nas wzmocni nie zawsze jest na miejscu, ale akurat w tym przypadku pasuje - nic tak nie uczy trenera jak trudne sytuacje na szkoleniach. Nic tak nie hartuje jak trudny uczestnik. Tyle tylko, że mam takie małe życzenie, aby teraz do końca roku oszczędzono mi tych okazji do wzmożonej nauki. Zdarzają się i takie szkolenia na których wszystko idzie dobrze, czasem za dobrze i aż się robi tak lekko słodkopierdząco i w takich chwilach najczęściej sami fundujemy jakiś wstrząs kontrolowany. I teraz, do końca tego cholernego roku tego mi właśnie trzeba.

Teraz przede mną weekend szkoleniowy, potem w przyszłym tygodniu trzydniówka wyjazdowa. Trzydniówka o tyle trudna, ze po pierwsze współprowadzona z osoba spoza mojego zespołu, a po drugie cały czas się zastanawiamy jak te trzydniówki wypadną, bo trochę się obawiamy, że uczestnicy przyjadą bardziej nastawieni na wspólna zabawę (i nie mówię tu o grach szkoleniowych), niż na wspólna pracę. Zobaczymy, a w razie czego .. no co? no musimy dać radę. Niech się bawią wieczorami, a w dzień pracujemy. Potem weekend i trzydniówka kolejna, a zaraz po niej dwa ciężkie dni rozmów wewnątrzzespołowych. A w te dni co zostają pomiędzy jeszcze tysiącpięćset spraw inszych.

No i właśnie dlatego, tak mnie ucieszyła dzisiejsza wiadomość o tym, że najprawdopodobniej (jeśli coś nie pierdolnie) między świętami a Nowym Rokiem w końcu odpocznę (wszyscy odpoczniemy). Wyjedziemy z Połówkiem na nasza wioskę izerską, wyciszymy się, odpoczniemy, po górach połazimy, wybawimy się z przyjaciółmi...
Ech, byle do Świąt.
Byle nie wielkanocnych k**wa.
ja-charlotte
skomentuj (2) | up | down
że zimę przynoszę? | 2007-11-26 | 21:11:20
Co prawda, jak to dziś A powiedziała - kolor moich włosów bardziej wskazywałby na Panią Jesień. Niemniej jednak wychodzi na to, że przynoszę śnieg i zawieruchę. Jak ostatnim razem na 2 dni przyjechałam do Wałbrzycha w październiku, to następnego dnia po moim przybyciu rano za oknem było biało, z nieba białe g**no leciało, a wiatr wyrywał fajki z dłoni. Po raz kolejny przyjechałam wczoraj. Niedziela wieczór, nawet całkiem znośny temperaturowo wieczór, dookoła czarne ulice (i szare, zapyziałe budynki - no nie lubię Wałbrzycha. Jeśli ktoś z mieszkających to czyta to przepraszam bardzo, ale to miasto napawa mnie taką niechęcią, że gdybym miała tu zamieszkać to niechybnie umarłabym na depresję), zero śniegu, nawet szczątków po kątach nie widać.
Wstaje rano, patrzę za okno - biało, śnieg sypie, wiatr wyrywa z rąk fajki i drzwi wejściowe. Dramat. Aż się dziwię, ze mi uczestnicy na szkolenie w taka pogodę dotarli w pełnym składzie.

Moi wałbrzyscy współpracownicy zauważyli jakiś czas temu taką prawidłowość, ze jak do Wcha przyjeżdżał kolega M to lało, teraz do zestawu dochodzi prawidłowość, ze kiedy przyjeżdżam ja, spada śnieg. Nie wiem czy mnie wpuszczą w lipcu.

Wracam do pracy. Coś widzę, że fragmenty koncertu jedynie mnie zachwycają.. heh ;)
ja-charlotte
skomentuj (0) | up | down