'niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam'
| 2007-11-28 | 22:51:29
U mnie właściwie nic szczególnie nowego - to samo, tak samo intensywnie. Tyle tylko, że zmęczenie ma tendencję zwyżkową. Yerba nadal trzyma na nogach (tak a propos - jestem już niemal 100% pewna ze to moje elektryzowanie to od Yerby, bo jak na chilloutowy weekend zarzuciłam ten napój to i elektryzować się przestałam, a jak po weekendzie zaczęłam, to i iskierki wróciły), bez niej byłoby naprawdę ciężko.
Tak się zastanawiam w jaki sposób objawia się zawał. Mi dziś zdarzył się kilkuminutowy ścisk i ból w klatce piersiowej i tak się zastanawiałam.. ale ..chyba nie - ot stres i zmęczenie i tyle. Jest spora szansa na odpoczynek i zregenerowanie sił, bo najprawdopodobniej miedzy Świętami a Nowym Rokiem (tfu tfu tfu przez lewe ramię) będziemy mieli wolne. W końcu od dłuższego już czasu WSZYSCY zapierdzielamy jak małe odrzutowce i każde z nas z tęsknotą mówi o świętach. Z tego całego zapędzenia wynikają czasem zabawne sytuacje. Jak na przykład dialog z koleżanką A:
ja - [no zabijcie mnie, nie pamiętam o co zapytałam. W każdym razie było to coś zupełnie oderwanego od pracy] ....
A - Nie, nie ma żadnych zmian w budżecie [nie ma to jak ludzkie zafiksowanie]
Albo dziś kolega M, pytający mnie czy słyszałam o czym przed chwilą rozmawiał z kolega przez telefon, bo on odłożył słuchawkę i .. ZAPOMNIAŁ. Dzwonił potem biedaczek jeszcze raz do kolegi. Ten pewnie był zdziwiony, ze ktoś może całej rozmowy nie pamiętać po kilku minutach.
A poza tym zaczynam cierpieć na postępujący ludziowstręt. Nie do pojedynczych osób, nie do osób z mojego najbliższego otoczenia, zarówno tego prywatnego, jak i służbowego (zresztą te dwie kategorie dość swobodnie się mieszają). Mam ludziowstręt skierowany do ludzi pojawiających się gromadnie. Uciekam jak tylko mogę, szukam azylu. A tak właściwie to może to i nie jest ludziowstręt, może to nie chodzi o tych bogu ducha winnych uczestników szkoleń i spotkań, tylko o to, że organizm mi się buntuje jak wie (albo mu się nawet na widok nie moich uczestników włącza lampka ostrzegawcza), że oto teraz czekają go kolejne godziny maksymalnego skupienia, uwagi, kreatywności, konieczności szybkiej reakcji na nieoczekiwane zdarzenia. Tak nieoczekiwane jak wyartykułowany wczoraj głośno pomysł jednej z uczestniczek, która stwierdziła, ze na problem alkoholizmu to ona ma najlepszy sposób - dać tym opijusom taka ilość wódki, żeby się na śmierć zachlali - nie będzie alkoholików, nie będzie problemu alkoholizmu. Inna sprawa, że inspiracje do jej pomysłu sama jej jakiś czas wcześniej podsunęłam, kiedy chcąc pokazać jej podgrupie, że problem sformułowany jako "Istnienie osób wykluczonych społecznie" nie jest najwłaściwszy, chociażby dlatego, że z tak sformułowanego problemu dojdziemy do celu określonego jako zlikwidowanie tychże osób, a to chyba nie o to chodzi.
No ale luz. Sytuacje zdarzały się różniste - opory różne (i teraz dojdź do tego skąd się biorące), łzy uczestniczek, albo np. osoba, która (zainspirowana widokiem osy, która wleciała do sali szkoleniowej) podzieliła się z obecnymi wyznaniem, ze ona tak sobie swego czasu łapała osy i przyciskała je do nóg żeby ja żądliły. Zdążyłam tylko pomyśleć, że może jej na reumatyzm, tudzież inne schorzenie jad osi dobrze robi, kiedy owa Pani dokończyła, że robiła to dlatego, że jak potem wracała do domu to mąż tak ja żałował, że ona taka biedna... Nie skomentowałam. Nie było jak.
A zresztą rzadko zdarza się spotkać na szkoleniu grupę ludzi w której nie trafi się żaden "kosmita", a jak nawet nie kosmita, to coś innego się dzieje. Może to i dobrze. Hasło Co nas nie zabije to nas wzmocni nie zawsze jest na miejscu, ale akurat w tym przypadku pasuje - nic tak nie uczy trenera jak trudne sytuacje na szkoleniach. Nic tak nie hartuje jak trudny uczestnik. Tyle tylko, że mam takie małe życzenie, aby teraz do końca roku oszczędzono mi tych okazji do wzmożonej nauki. Zdarzają się i takie szkolenia na których wszystko idzie dobrze, czasem za dobrze i aż się robi tak lekko słodkopierdząco i w takich chwilach najczęściej sami fundujemy jakiś wstrząs kontrolowany. I teraz, do końca tego cholernego roku tego mi właśnie trzeba.
Teraz przede mną weekend szkoleniowy, potem w przyszłym tygodniu trzydniówka wyjazdowa. Trzydniówka o tyle trudna, ze po pierwsze współprowadzona z osoba spoza mojego zespołu, a po drugie cały czas się zastanawiamy jak te trzydniówki wypadną, bo trochę się obawiamy, że uczestnicy przyjadą bardziej nastawieni na wspólna zabawę (i nie mówię tu o grach szkoleniowych), niż na wspólna pracę. Zobaczymy, a w razie czego .. no co? no musimy dać radę. Niech się bawią wieczorami, a w dzień pracujemy. Potem weekend i trzydniówka kolejna, a zaraz po niej dwa ciężkie dni rozmów wewnątrzzespołowych. A w te dni co zostają pomiędzy jeszcze tysiącpięćset spraw inszych.
No i właśnie dlatego, tak mnie ucieszyła dzisiejsza wiadomość o tym, że najprawdopodobniej (jeśli coś nie pierdolnie) między świętami a Nowym Rokiem w końcu odpocznę (wszyscy odpoczniemy). Wyjedziemy z Połówkiem na nasza wioskę izerską, wyciszymy się, odpoczniemy, po górach połazimy, wybawimy się z przyjaciółmi...
Ech, byle do Świąt.
Byle nie wielkanocnych k**wa.
ja-charlotte
© Copyright Charlotte 2005-2006 | All Rights Reserved